Przyznała, że obawiała się tego. Lecz od chwili spotkania się z nim była jakby w obłędzie i zapomniała nawet o rodzicach.

Miała mu zapewne znacznie więcej do powiedzenia, ale coś ją jeszcze od tego wstrzymywało. Za to niezmierne szczęście przemawiało z całej jej istoty, z każdego najcichszego tchnienia. Był to początek pełnego jednoczenia się ich serc. U innych przychodzi to często przed chwilą decydującą, przejawiającą się we wzajemnym uścisku. U nich było odwrotnie.

W półmroku odważyła się na pierwsze istotne pytania. Otrzymała też pierwsze ścisłe odpowiedzi. Słówka jak gdyby uskrzydlone, zwiewne jak puch, biegły z jednej i drugiej strony. Wreszcie Mildrid cicho i z wahaniem odważyła się postawić pytanie, czy zachowanie jej nie wydało mu się dziwne.

Zapewnił, że ani na chwilę nie doznał takiego wrażenia.

A czy nie zauważył, że dnia poprzedniego nie odezwała się do niego ani słowem?

Nie, na to zupełnie nie zwrócił uwagi.

Czy nie sądzi — długo nie mogła się zdobyć na wypowiedzenie tego — że zbyt łatwo i szybko oddała mu swe serce?

Nie, on myślał jedynie o tym, jak błogie sam przeżywa chwile.

Cóż jednak musiał pomyśleć na widok jej łez?

Tak, tego wówczas nie mógł pojąć, teraz jednak wszystko jest dla niego jasne i cieszy go to, że jest taka, jaka się wówczas pokazała.