Wszystkie te wyjaśnienia przepełniły ją takim ogromem szczęścia, że zatęskniła za samotnością. On jak gdyby to wyczuł, wstał i cicho poprosił, aby udała się na spoczynek. Ona podniosła się również. Skinął jej mile głową i udał się powolnym krokiem do obory, gdzie miał przenocować. Ona zaś wpadła szybko do domu, rozebrała się i w łóżku dopiero złożyła ręce do modlitwy. Dziękowała Bogu — o, jak gorąco mu dziękowała — za swego Jana, za jego miłość, za jego czułą oględność, za jego piękność, póki jej słów nie zabrakło. Dziękowała tedy za wszystko, wszystko — także za mękę, którą przeżyła w dwóch ostatnich dniach. Przecież po niej radość była tym większa! Dziękowała za to, że w górach znalazła się samotnie, i błagała Boga, aby jej nie opuszczał, gdy z gór uda się do rodziców. I znów myśli jej wracały do Jana, i znów dziękowała za niego, och, jak serdecznie dziękowała!

Gdy następnego rana, nie budząc śpiącej Beret, wyszła przed dom, zastała już Jana na podwórzu. Łajał psa, który z wielkim hałasem gonił kurę, a teraz łasząc się u stóp swego pana prosił o przebaczenie. Ujrzawszy Mildrid, Jan pośpieszył ku niej. Pies w podskokach podbiegał to do niego, to do dziewczęcia, witając je radosnym skomleniem i głośnym szczekaniem. Czuł niejako szczęście ich obojga.

Jan pomagał potem jej i pastuchom przy porannych zajęciach, a gdy wreszcie zasiedli do śniadania ukazała się również wyspana już Beret. Rumieniła się ona za każdym spojrzeniem Jana w jej stronę, a gdy Mildrid w rozmowie z nim chwyciła jego łańcuszek od zegarka, opuściła szybko izbę. Nie mogli jej też znaleźć, gdy zabierali się w drogę.

— Słuchaj — powiedział poważnie, gdy się oddalili znaczny kawałek. — Rozmyślałem nad jedną rzeczą, o której ci wczoraj nie wspomniałem. Jeśli Bóg pozwoli, że się wszystko po naszej myśli zakończy, to pragnę, byś po ślubie zamieszkała u mnie w domu, gdyż nie zamierzam przenosić się do Tingvoldu.

Zarumieniła się i powiedziała wymijająco:

— Cóż na to powiedzą rodzice?

— Czyż rodzice stoją tu na pierwszym planie? — spytał po chwili. — Czyż nie idzie głównie o... nasze szczęście?

Dotknęło ją to trochę, ale on dodał po krótkiej przerwie:

— Wszakże musimy się poznać... zżyć się razem ze sobą.

Teraz pojmowała go lepiej, ale nie dawała jeszcze odpowiedzi.