— Oni tacy dobrzy! — zawołała.

— Wszyscy są tego zdania! — potwierdził stanowczo, ale zimno.

Potem zaczął jej opowiadać o swym osiedlu, o rodzeństwie, o biedzie, z którą długo walczyli, o wzajemnym przywiązaniu, o turystach, których ciągle przybywa, o obszernym domu, który dla nich wybudować zamierza, o tym, że ona będzie wszystkiego dozorować i wszystkim rządzić. Rozochocił się, rozweselił i szli żwawo ręka w rękę.

Słuchała z zajęciem i pociągało ją to nowe życie, ale nie mogła zapomnieć o domu i swych bliskich, przeto ozwała się znowu:

— Rodzice są już starzy, wiele przecierpieli... potrzebują pomocy...

Popatrzył na nią z uśmiechem i rzekł:

— Sądzisz, Mildrid, że rodzice tobie przeznaczyli swoje gospodarstwo?

Milczała.

— No więc... — ciągnął dalej — na wszystko przyjdzie czas! Jeśli... oni... zapragną, abyśmy ich w pracy zastąpili... to niechże... oni nas sami o to poproszą!

Powiedział to spokojnie i uprzejmie, lecz ona wiedziała dobrze, co miał na myśli. Będąc przezorną i posiadając zdolność odczuwania cudzych myśli niemal prędzej od swych własnych — uznała za najlepsze zamilknąć.