Niebawem doszli do miejsca, z którego roztaczał się piękny widok na położony głęboko pod nimi Tingvold. Z zabudowań gospodarczych i pól Mildrid zwróciła swój wzrok na Jana, jak gdyby oczekiwała, że wyrazi on swój podziw dla ujrzanego piękna! Wielkie, słoneczne pola górskie otoczone wieńcem lasów, domy ciche w łagodnym świetle czystego błękitu nieba, obszerne i zabudowane solidnie, przedstawiały się stąd imponująco. Właściwa dolina leżała znacznie głębiej, wartki potok przewijał się przez nią w zakrętach, a gospodarstwa za gospodarstwami ciągnęły się po jednej i po drugiej stronie aż po same zbocza skał. Żadne jednak z gospodarstw nie było tak piękne jak Tingvold, żadne nie odznaczało się tak bujną roślinnością, żadne nie przedstawiało się oczom tak zasobnie, żadne w swej ustronności nie leżało tak ukryte, a jednak promieniujące na wszystkie strony.

Zauważywszy, że widok ten oczarował Jana, rozpromieniła się z radości.

— Tak — odezwał się Jan, gdyż pytała się go przecież — tak, to prawda, Tingvold jest gospodarstwem bardzo pięknym.

Uśmiechnął się.

— Ale ty... Mildrid, więcej warta dla mnie jesteś niż cały Tingvold... a myślę, że także i dla ciebie... ja więcej wart jestem!

Trudno było na to znaleźć odpowiedź.

Po chwili byli już w lasku brzozowym i Mildrid czuła, że serce jej bije mocno. Umówili się, że sama wejdzie do domu, a on zaczeka w pobliżu.

— Nie łam sobie głowy tym, co masz powiedzieć! — doradzał jej. — Mów, co ci przyjdzie na myśl.

Wyszli z lasku i znaleźli się na łąkach przytykających bezpośrednio do dworku. Teraz zamilkł i on, a Mildrid spozierała nań ze strachem. Nie miał teraz dla niej pocieszających słów. Sprawa ta była jej osobistą sprawą i sama musiała walczyć o zwycięstwo.

Byli niemal pod samym dębem, przeto gwizdnął na psa, a ona zrozumiała, że jest to znak rozłąki. Stanęła i miała tak nieszczęśliwą minę, iż szepnął: