— Idź, Mildrid! Ja będę się modlił tutaj za ciebie, a w chwili stosownej pospieszę ci z pomocą.
Podziękowała mu spojrzeniem i poszła.
Teraz miała widok wprost na świetlicę głównego budynku, a nawet widziała wszystko na przestrzał, bo izba ta miała po obu stronach okna zwrócone zarówno ku lasowi, jak i ku wsi.
Jan usiadł z psem poza jakimś drzewem w ten sposób, że mógł widzieć wszystko, co się wewnątrz dzieje. Świetlica była jeszcze pusta. Mildrid, doszedłszy do stodół, obejrzała się raz jeszcze. Skinął jej ręką. Skręciła koło stodoły i znikła w podwórzu.
Znalazła wszystko po dawnemu i wszędzie panowała cisza. Chciała skręcić w prawo i udać się naprzód do babki, by uzyskać małą zwłokę przed zobaczeniem się z rodzicami. Nagle ujrzała w podwórzu ojca robiącego nową rękojeść do siekiery. Stał ubrany we włóczkowy kaftan z szelkami na wierzchu. Miał odkrytą głowę, a jego rzadkie, siwe włosy poruszał z lekka wiatr. Wyglądał zdrowo i widocznie robota sprawiała mu zadowolenie. Nie spostrzegł jej, bo szła cicho po kamiennym chodniku. Nabrała odwagi i powiedziała:
— Dzień dobry!
Spojrzał na nią zdziwiony.
— To ty, Mildrid... czy się co stało? — dorzucił szybko i popatrzył jej badawczo w oczy.
— Nie! — odrzekła i zarumieniła się.
Patrzył dalej, a ona spuściła wzrok ku ziemi. Po chwili ojciec oparł siekierę o kloc.