— Chodźmy do matki! — powiedział.

Po drodze pytał, co słychać z bydłem, dowiadywał się o różne rzeczy, a ona dawała zadowalające odpowiedzi.

„Teraz — myślała — Jan widzi nas”.

Obeszli stodołę i skręcili do domu. Przybywszy do świetlicy, ojciec otworzył drzwi do kuchni i powiedział:

— Chodź no, matko! Przyszła Mildrid.

— Czy się co stało? — spytała matka.

— Nic — odparła Mildrid i weszła za ojcem do kuchni, gdzie matka siedziała przy ognisku, skrobiąc ziemniaki.

Matka spojrzała córce w oczy podobnie jak ojciec i spojrzenie to miało ten sam skutek. Randi wstała, odstawiła miskę, otworzyła drzwi przeciwległe, powiedziała coś służącej, potem odpasała fartuch, umyła sobie ręce i wszyscy troje weszli do świetlicy.

Mildrid znała rodziców i wiedziała, że te przygotowania oznaczają, że spodziewają się usłyszeć coś niezwykłego.

To jej odjęło tę odrobinę odwagi, której zaczerpnęła po spotkaniu z ojcem. Ojciec siadł twarzą wprost ku lasowi naprzeciw okna, matka na ławie przy dłuższej ścianie, a Mildrid tuż przy oknie, tak że była zwrócona bokiem do Jana, który mógł widzieć twarz ojca i ją, natomiast prawie nie dostrzegał matki.