— Nie, z mojem zdaniem on się nie liczy, proszę mi wierzyć.

— Więc niech się pani o to postara.

— Nie, tak byłoby najgorzej. U niego wszystko zależy od usposobienia.

— Ależ proszę pani, przecież widziałem, że was łączy nad wyraz miły stosunek.

— Mój Boże, tak, bawimy się ze sobą często i to nawet bardzo dobrze.

Miałem to uczucie, że nie chce, abym na nią patrzał. Usunąłem się tedy: tymczasem mrok zapadał coraz głębszy.

— Czy pan sobie przypomina nas w Dreznie?

— Tak.

— Byliśmy młodzi i bawiliśmy się. Zaręczyć się — to było bardzo interesujące; a wyjść za mąż, mieć swój dom, jeszcze bardziej. Mieć dzieci jednak — mniej. I oto siedzę tu w domu, którym nie potrafię rządzić i mam dzieci, które żadne z nas chować nie umie, przynajmniej Atlung.

— Przecież pani ma pomoc?