— To byłoby przeciwne tradycyom. Starsza osoba tu w tej rodzinie musi dzieci doglądać, a ta starsza osoba musi w tej rodzinie do śmierci pozostać. Zresztą Stina jest dobrą i uczciwą.
Przyniesiono kawę. Pani Atlung podała mi filiżankę i rzekła:
— Gdy jechałam dziś rano do umierającego człowieka, tamtą stroną parku, wpadło mi na myśl, że śnieg na tych ogołoconych z liści drzewach, przedstawia właściwie najpiękniejszy obraz nadziei nieśmiertelności na ziemi. Nieprawdaż? Taki czysty idzie z góry i taki miłosierny.
— Pani sądzi, że on z nieba spada?
— Spada na ziemię.
— To prawda, ale pochodzi też z ziemi.
Udawała, że nie słyszy mojej uwagi i ciągnęła dalej:
— Mówiłeś pan przedtem o pyle, ależ ten biały czysty na zmarzniętych gałęziach i na zielonej ziemi, to przecież jak poezya wieczności, tak mnie się przynajmniej wydaje.
— A któż tę poezyę stworzył?
Wielkie jej oczy spoczęły teraz na mnie, ale nie pytająco, lecz stanowczo.