— Jeżeli niema objawienia na zewnątrz, to istnieje ono na wewnątrz. I każdy, kto tak czuje, posiada je.
Nigdy piękniejszą, niż w tej chwili nie była. Naraz usłyszeliśmy kroki w przedpokoju. Atlung powracał, i za chwilę, zmieniwszy ubranie, wchodził do nas. Spotkał dysponenta swego po drodze i załatwił z nim interesy.
Żona wodziła za nim wzrokiem pytającym. Albo było jej niemiło, że zbyt wcześnie przyjechał i przerwał nam rozmowę, albo dostrzegła, że jest w złym humorze.
Po chwili opowiedział jej, co zaszło z dziećmi; i że obiecał im rózgi; był wzburzony i w końcu dodał, że czego innego potrzeba, niż rózeg.
Ona stała nieruchoma. Na twarzy jej malowało się przerażenie. Obejrzała się po pokoju, jakby oczekiwała czegoś jeszcze straszniejszego.
— Muszę ci to w końcu powiedzieć, Amelio, że jutro dzieci stąd wywiozę, — dodał w końcu.
Zwolna osunęła się na sofę, tak wolno, że zdaje mi się, iż sama nie wiedziała, że siada. Oczów z niego nie spuszczała. Czegóś bardziej bezradnego i nieznośliwego nie widziałem jeszcze w życiu.
— Kochasz tak bardzo dzieci, Amelio, że pogodzisz się z tem. Teraz sama widzisz do czego to prowadzi, że po raz ostatni uległem twoim prośbom.
Zdawało mi się, że jeszcze jedno słowo z jego strony, a zabije ją. Czyż nie widział tego? Niewiem, czy odgadła moje współczucie, ale nagle spojrzała na mnie, wyciągnęła do mnie ręce. Rozpaczliwa prośba leżała w tym ruchu. Zrozumiałem natychmiast, że to było jej jedynem pragnieniem, w tem chciała odemnie pomocy. Ukryła twarz w dłoniach i tak siedziała bez ruchu. Niewiem, czy płakała, zdaje mi się, że się modliła. On chodził po pokoju, spoglądał na nią, lecz krok jego był coraz pewniejszy.
Drzwi od jadalni otworzyły się zcicha. Na progu ukazała się Stina, bledsza jeszcze niż przedtem. Przystanął i Atlung.