Jak mgła, męczarnią oczu ledwo obgłębiona.

Wyciąga błędnej ręki widemko niemrawe,

By nim zgłaskać surduta połataną jawę.

Patrzy we mnie, jak w pustkę, lecz głowy nie zniża.

Te same zawsze gwoździe tłoczą go do krzyża.

Życie nowych mu skąpi, a starych nie kruszy.

Gdzie mu tam w myśli teraz nowy gwóźdź dla duszy!

Już niezgrabny od nędzy, zły i niedorzeczny,

Chce coś mówić, lecz wstyd go przeraża odwieczny —

Ten wstyd, co w swój niebieski wpatrzony rodowód,