I nikt nie mógł zrozumieć i nie chciał zrozumieć,

Czemu trzeba tak istnieć, żeby łkać i szumieć?

A sęki i gałęzie, i liście przez liście

Działy się zieleniście, bardzo zieleniście —

I ja, gdym w dziejbę leśną wbiegła nieostrożnie,

Działam się wobec chłopców — bez płaczu a trwożnie!

O, chwyć teraz w ramiona dziejbę mego ciała!

To ta sama, co w lesie! Ta, co nie płakała...

MAKARY

O, Boże!