A on pędził na oślep i Zgasłą ominął.

Wolny, Bogu zbyteczny — sam teraz popłynął

Wyżej i niebezpieczniej w ten zmierzch ponadniebny,

Gdzie już nie ma stworzenia i Bóg — niepotrzebny!

Wszechświat skończył się... W oczach, niby gwiazd utrata,

Utkwiła mu ta nagła skończoność wszechświata.

Zmógł się z lotem ostatnią swych pragnień bezsiłą.

I odtąd już go nigdy w wszechświecie nie było.

Wóz się zachwiał. Skry jego, niby ślepie wilcze,

Lśniły, przejrzawszy na wksroś zamysły tubylcze.