Ledwo skrzyć się nadążył rozbłyskaniec boży,

By światłem zmuskać stada zdziczałych bezdroży.

W twarz go biły obłoków wzburzone jaśminy,

Wóz miotał w byle wieczność ognia rozprószyny,

A on patrzył w to tylko, co w dal się rozwidnia,

I, górując — dołując, mknął, jak śród białydnia!

Jęczała Nieskończoność, kół miażdżona złością,

A gwiazdy rozpaczały nad Nieskończonością!

Zezem spojrzał na Wenus, w jej śmigłe zaświaty,

Gdzie się gęstwił do lotu ptak żywcem liściaty,