I Jowisz jak tęczowa przewinął się plucha,

I Neptun jak cienista przemknął zawierucha, —

A wóz boży, płomienie rozchyżywszy czujne,

Minął słońca podwójne i słońca potrójne

I brnął w gąszcz, gdzie z nicością zmieszane na poły,

Włóczą się niedowcieleń pełzliwe męcioły.

Tu właśnie samo z siebie wyłonione Śnisko,

Mgłami się ocierając o wieczność pobliską,

Lęgło w chorym przezroczu jadowitą chatę

Z oknami rozwartymi na śmierci poświatę,