Strzęp świata, zdruzganego na prochy w przestworzu,

Bławatkował zadumą o świetlącym zbożu...

Ale prorok, w tęsknoty zapodziany trudzie,

Nie zważał na to rojne w niebiosach bezludzie

Upojony tchem mgławic, zwycięsko rozpędny,

Wsparty o krawędź wozu, a sam — nadkrawędny

Ścigał bezkres i piersią czuł radość pościgu.

A gwiazdy, drobniejące za nim w okamigu,

I światy, co we wprawnym kołują obłędzie,

I to życie, co pragnie trwać zawsze i wszędzie,