— Nie chcę jednorękiego... Rozumiesz? — szepnęła mu do ucha dziwożona i znienacka zdzieliła go pięścią w policzek tak mocno, że kulawiec natychmiast przymarszczył owego policzka, aby sprawdzić stopień przykrego znieczulenia.
Wszakże uderzenie pięścią obudziło w nim poniekąd nadzieję, jak wszelka wprawdzie dotkliwa, ale trafna w zasadzie pieszczota...
— Rozumiem — szepnął z uśmiechem i pogardliwie spojrzawszy na jednorękiego, przywołał go ruchem dłoni.
Jednoręki przybiegł pośpiesznie, jakby się bał karygodnego w danym razie opóźnienia.
Kulawiec wręczył mu dziwożonę, a sam skocznie pomknął do Podlasiaka.
— Ze mną, dziewczyco, nie rób żadnych ceregieli — rzekł jednoręki. — Daj odprawę i zbądź kłopotu.
— Nie zbędę... — odparła, rumieniąc się, dziwożona.
Jednoręki postrzegł ów rumieniec.
— Mam się nachylić? — spytał pokornie.
— Nie — odrzekła dziwożona i wspięła się ku niemu na palcach.