«Jeno tyle umieram, ile miłość każe,
A spłodzę tobie syna w mych bioder pożarze».
I spłodziła mu syna na polu, w południe,
Kiedy zboże ku słońcu złoci się bezludnie.
«Bogom w oczy wsmucony jestem od spowicia,
A weseli się we mnie życie spoza życia.
Pójdźcie ze mną do lasu nieopodal gaju,
Pragnę zbadać twarz ojców, odbitą w ruczaju.
Jest tam skwar w macierzance476 i chłód w leśnym dzwońcu,
Spróbujemy we troje zanieistnieć w słońcu».