Lecz w chwili, kiedym gwiezdną zachłyśnięty tonią,

Dłoń w grzywie zaprzepaścił, tą zbłąkaną dłonią

W grzbiecie mego zwierzęcia zmacałem kark Boga!

Onże531 tak mię532 unosi w szału bezzacisze533,

Jakby wspólna nam była w bezpowrotność droga?

Tak, to — on! Wiem na pewno i głos jego słyszę:

«Jam — twój kres! Czekam na cię — na swego przybłędę,

A gdziekolwiek podążysz — tam ja z tobą będę!»

Do głosu tego w niebie dusza ma nawyka534,

A pęd mój nie ustaje, a zwierz mój nie znika!