Słońce, zachodząc, wlecze wzdłuż po łące

Wielki cień chmury, ciągnąc go na wzgórza,

Zetknięte z niebem, co życie, gasnące

Pod barw przymusem — w głąb marzeń przedłuża,

Aby dowidzieć poprzez dale puste

Jedyną wokół purpurową chustę

Dziewczyny, która swych dłoni oplotem

Kolana zgodnie wgarnęła pod brodę

I coraz bardziej pod niebios namiotem

Samotniejąca w tę dal i pogodę,