Leciał rozzuchwalony w powietrzu i w grozie,

Płaszcz swój zrzucił na ziemię, by z wyżyn rozstania

Płaszczem ziemi dosięgnąć na znak pożegnania.

I odtąd już go nigdy na ziemi nie było.

Wszechświat stał mu się błędną wokół bezmogiłą.

Ledwo skrzyć się nadążył rozbłyskaniec boży,

By światłem zmuskać stada zdziczałych bezdroży.

W twarz go biły obłoków wzburzone jaśminy,

Wóz miotał w byle wieczność ognia rozprószyny,

A on patrzył w to tylko, co w dal się rozwidnia,