I, górując — dołując, mknął, jak śród białydnia!

Jęczała Nieskończoność, kół miażdżona złością,

A gwiazdy rozpaczały nad Nieskończonością!

Zezem spojrzał na Wenus, w jej śmigłe zaświaty,

Gdzie się gęstwił do lotu ptak żywcem liściaty,

Co zaledwo się różnił od dębów i sosen

I tą właśnie różnicą leciał w sen — pierwosen.

Prażywicznych wybroczyn leśne ustoiny

Wywiały czad istnienia w pobliża męt siny,

I mroki, woń ożywczą węsząc bezrozumnie,