Włóczą się niedowcieleń pełzliwe męcioły.

Tu właśnie samo z siebie wyłonione Śnisko,

Mgłami się ocierając o wieczność pobliską,

Lęgło w chorym przezroczu jadowitą chatę

Z oknami rozwartymi na śmierci poświatę,

A niczyje i nikim nie będące ciało

Do jej progów omylnym łbem się przyśniwało,

By wygoić ich kurzem od dołu do góry

Rozjątrzoną bezdomność chciwej szczęścia skóry.

Tu tkwiły włóczyzmory, w swym konaniu zwinne,