Zwisł nad głębią i dłonie wprzód rozwiał, jak liście,

I tak trwał, niby nagła mroków uroślina,

Co pnączem swego ciała w bezmiary się wspina,

I, wargami zmacawszy chłód gwiezdnych przezroczy,

Do Boga wzwyż i na wprost mówił w cztery oczy:

— «Tak, mogło być inaczej! Słowa śmiesznie złote

Dla zbłagania ciemności! Chcę iść w tę Innotę,

Chcę być tam, gdzieś nie bywał! Chcę walczyć sam na sam!

Niech czuję, że zwyciężam, lub wiem, że wygasam!

Chcę wzburzoną swodobą przekroczyć mą dolę!