Przebacz smutkom i widziadłom, nieznającym rodowodu,

I opacznym kwiatom, com je snuł z niczego...

Moja wina! O, Boże, wejdź do mego ogrodu!

Do ogrodu!... Do — mojego!... Do — mojego!...

Wyznam Tobie całą zwiewność, całą gęstwę mojej wiary

W życie zagrobowe kwiatów i motyli.

Wejdź do mego ogrodu! I cóż z tego, że czary!...

I cóż z tego, że ułuda nikłej chwili!...»

Wszedł w gęstwinę, co szumiała poza życia drogowskazem.

Sami byli teraz. Oko w oko — sami.