A wójt w ślad mu się jarzy to modry10, to złoty
I zębami przedrzeźnia znikłych kół turkoty.
Wywróconą na opak do rowu ulicą
Mknie Kachna i płonącą powiewa spódnicą.
Wichrzy się i pokłębia i upałem bucha,
Cała w ogniu i szumie! Pożar — nie dziewucha!
Skry miota wedle woli, — nie szuka powodu,
I z szeptem: «Moja wina!» — dymi się od spodu!
A Maciej — ten z przeciwka, co to brak mu klepki,
Konno dybie11 w niebiosy wesoły i krzepki!