— Jak tylko wieczór nastanie.

— Czyś odmienił swój pomysł pierwotny, czy też mogę ci towarzyszyć w twej wędrówce pomimo, iż narzucona mi czarność cery przesłania twym oczom całkowity czar mej postaci?

— Możesz mi towarzyszyć — odrzekłem.

— O, Boże! — westchnęła dziewczyna. — Co ja pocznę, nieszczęśliwa! Jednemu przeszkadza moja białość, drugiemu zawadza moja czarność. Jeden mnie poczernił, drugi chce pobielić! Ten mnie pobarwił, ów chce odbarwić! Same troski, same nieporozumienia!

— Nie płacz, dziewczyno! — zawołałem z drzewa. — Nie wzdychaj tak ciężko i nie załamuj dłoni! Skoro wieczór nadejdzie, uciekniemy z osady i może uda się nam dotrzeć do jakiejś pięknej krainy, gdzie nie ma ani trosk, ani nieporozumień.

Skoro wieczór nadszedł i pierwsza gwiazda ukazała się w niebiosach, wymknąłem się razem z Arminą do najbliższego lasu i, co tchu przebiegłszy las, wydostałem się na równinę, a stamtąd na brzeg wyspy. Traf chciał, że jakiś okręt przygodny płynął opodal brzegu — w kierunku, jak mi się zdawało, Balsory. Począłem wrzeszczeć z całych sił, aby ściągnąć na siebie uwagę załogi. Zauważono nas z pokładu i skierowano okręt do brzegu.

W pół godziny potem siedziałem już razem z Arminą na pokładzie i opowiadałem kapitanowi i marynarzom dziwne moje przygody.

Pomyliłem się wszakże, sądząc, iż okręt płynie w kierunku Balsory, zdążał on do nieznanego mi państwa króla Pawica. Kapitan i marynarze byli właśnie poddanymi tego króla. O ile mogłem sądzić z ich opowiadań, król Pawic był niezmiernie serdecznym i dobrodusznym człowiekiem. Zachęcali mnie bardzo, abym razem z moją czarną towarzyszką zamieszkał na stałe w ich ojczyźnie, gdzie znajdę przyjaźń i gościnę. Zapytywali mnie też z ciekawością, gdziem znalazł taką czarną towarzyszkę podróży? Opowiedziałem im niezwłocznie historię Arminy. Gdy skończyłem, jeden ze starych, wytrawnych marynarzy rzekł, klepiąc mnie po ramieniu:

— Nie trap się i nie smuć przypadkowo nabytą czarnością twej towarzyszki. Znam ja się na tych rzeczach i dlatego też zawsze mam przy sobie w kieszeni maść, która wszelką tego rodzaju czarność wywabia bez śladu. Udzielę ci tej maści i zobaczysz, jak twoja dziewczyna zbieleje.

— Niestety! — zauważyłem — odmycie lub odbarwienie tej czarności przyprawi moją towarzyszkę o śmierć niechybną, jak to jej zapowiedział wstrętny karzeł.