— Kpij sobie z karła i z jego zapowiedzi! — rzekł na to stary i wytrawny marynarz. — Chciało się czarnemu karłowi czarnej żonki, więc jej przebiegle uniemożliwił zbyt zresztą łatwy powrót do białości zmyśloną pogróżką śmierci. Nic się złego dziewusze nie stanie, jeśli zbieleje i znowu do ludzi się upodobni. Ufaj staremu i wytrawnemu marynarzowi, który jednocześnie jest posiadaczem zbawiennej maści. Nikogo jeszcze białość do grobu nie wpędziła! Im więcej człowiek ma ludzkiego wyglądu, tym raźniej czuje się na ciele i na duszy.
Mówiąc to, stary i wytrawny marynarz wyjął z kieszeni słoik ze wspomnianą maścią i podał mi go z uśmiechem:
— Poniechaj wiary w bajki i strachy, a korzystaj lepiej z mojej maści. Posmaruj tą maścią dziewczynę o samej północy, a zbieleje bez mała jak lilia!
Słowa starego i wytrawnego marynarza nie tylko mnie, lecz nawet Arminie trafiły do przekonania. Postanowiliśmy natychmiast oboje skorzystać z ofiarowanej mi maści. Arminę dręczył wprawdzie jakiś nieokreślony niepokój, lecz starała go się stłumić.
— Nareszcie zbieleję i po dawnemu będę podobna do alabastru57 — mówiła, patrząc mi prosto w oczy. — Radość rozpiera mi piersi na samą myśl o tym, że przeciwna memu przyrodzeniu czarność nie będzie już przesłaniała twym oczom całkowitego czaru mej postaci! Ów mnie poczernił, ty zaś mnie pobielisz i wszystko będzie jak najlepiej!
Wszakże spokój i wesołość Arminy były udane. Zauważyłem, iż mówi o sobie częstokroć w czasie przeszłym, jak o kimś, co już nie żyje. Raz nawet w trwożnym i osobliwym roztargnieniu szepnęła:
— Kiedy żyłam na świecie, zawsze wyczekiwałam jakiegoś ogromnego, większego ode mnie samej szczęścia, ale szczęście nie przyszło. Dziś, gdy już mnie nie ma, czuję, iż jestem o wiele większa od owego szczęścia, które nie przyszło...
— Nie mów Armino o sobie, jak o umarłej — szepnąłem, biorąc ją za rękę. — Trwogą przejmują mnie twoje słowa i ów czas przeszły, którego stale używasz dzięki roztargnieniu. Bądź jak najlepszych myśli. Stary marynarz ma słuszność.
— Zapewne ma słuszność — potwierdziła Armina.
— Gdy noc zapadnie — mówiłem dalej.