— Noc już zapadła — przerwała Armina.
Teraz dopiero odczułem, do jakiego stopnia byłem przejęty tym, co się stać miało. Nie zauważyłem nawet nadejścia nocy. Gwiazdy już migały w niebiosach i cisza nocna trwała na obszarach morza.
Milczeliśmy długo, bardzo długo i żadne z nas nie chciało, czy też nie śmiało naruszyć tego milczenia. Wreszcie postanowiłem odezwać się pierwszy.
— Gdy północ się zbliży — zacząłem.
— Już się zbliżyła — przerwała mi znowu Armina. Na pokładzie było pusto. Podałem Arminie słoik z maścią. Wzięła go drżącą dłonią i spojrzała mi w oczy.
Była właśnie północ. Armina pogrążyła swe czarne palce w słoiku i dotknęła nimi swej twarzy. Niezwłocznie twarz i dłonie, i szyja zbielały. Przede mną stała cudowna, biała jak alabaster, królewna. Wyciągnąłem ku niej dłonie, lecz nie podała mi swoich.
— Armino, czemu nie podajesz mi swych dłoni? — Armina milczała.
Spojrzałem w jej oczy turkusowe, lecz z powodu nocnego mroku nie mogłem dojrzeć ich wyrazu.
Armina bielała coraz bardziej, bielała z każdą chwilą, bielała nieustannie, tak iż w końcu pokryła się dziwną, przeraźliwą białością.
— Armino! — szepnąłem znowu. — Co tobie? Czemu nic nie mówisz? Czemu jesteś tak przeraźliwie biała?