Trwała nadal bez ruchu, wsparta o ścianę okrętu. Dotknąłem jej dłoni. Były zimne jak lód. Dotknąłem czoła i powiek, i ust... Zimne były usta i powieki, i czoło... Zrozumiałem wszystko... Białość jej była białością trupią...
Mimo to — Armina wciąż jeszcze bielała. Postać jej stała się teraz niemal przezroczysta i chwiała się od lada powiewu. Wreszcie postrzegłem, że to już nie Armina stoi przede mną, lecz jakaś dziwna, martwa, przejrzysta istota, utkana z nikłych, białych puchów kwietnych. Gwałtowny i nagły poryw wiatru w okamgnieniu rozwiał te puchy w nic, zdmuchnął je kędyś w powietrze, które natychmiast napełniło się czarowną, kwietną wonią. Wdychałem tę woń, powtarzając nieustannie:
— Armino! — Armino! — Armino!...
Arminy już nie było.
Całą noc przepłakałem. Nazajutrz opowiedziałem załodze wszystko, co się stało. Stary i wytrawny marynarz rozpłakał się jak dziecko.
— Bóg widzi, że od pierwszego wejrzenia polubiłem tę dziewczynę! — rzekł z mocą. — Chciałem jej wyświadczyć przysługę, a pokrzywdziłem ją zgonem przedwczesnym. Mnie by tam nie bardzo jej czarność przeszkadzała, ale stary jestem i wytrawny więc zaraz zmiarkowałem, że owa czarność stoi ci na zawadzie do poślubienia dziewczyny. Dlatego tylko doradziłem ci użycie maści, której zwrot, mówiąc nawiasem, jest mi wielce pożądany, mam bowiem żonę, której twarz od czasu do czasu czernieje, wtedy dla elegancji — ilekroć wracam do domu stosujemy tę maść należycie.
Oddałem mu słoik z maścią, gdyż podniosłem go z pokładu, gdzie go dłoń Arminy uroniła.
Zbliżyliśmy się właśnie do wyspy, na której znajdowało się państwo króla Pawica. Okręt przybił do brzegu i pośpiesznie wysiedliśmy na ląd, nieco zmęczeni podróżą. Kapitan niezwłocznie zaprowadził mnie do pałacu króla Pawica, aby — wedle zwyczaju — przedstawić królowi cudzoziemca.
Król Pawic siedział właśnie na tronie i czytał jakieś niezwykle zajmujące bajki, gdyż nie zauważył nawet naszego wnijścia58.
— Królu — rzekł dość głośno kapitan — przyprowadzam ci cudzoziemca, który pragnie oglądać twe oblicze.