Plac, o którym mówił młodzieniec, znajdował się tuż — w pobliżu. Przystanęliśmy obok zamku Chryzeidy, gdzie piętrzyła się wysoka dzwonnica. Młodzieniec pochwycił oburącz sznur od dzwonu i, targając nim usilnie, zadzwonił, aby zwołać ludność grodu.
Plac natychmiast napełnił się tłumem błękitno ubranych postaci z królewną Chryzeida na czele.
Dzwon zamilkł. Wówczas wśród ciszy usłyszałem szmer śpiewny, który się dobywał z ust obecnych. Usta te nieustannie i nieprzerwalnie szeptały:
— Smutno nam — tęskno nam — dziwno nam!
Młodzieniec głosem donośnym zawołał:
Cieszcie się, i weselcie i radujcie, albowiem wpośród nas znajduje się człowiek, który ma w zanadrzu kwiat płomienny, kwiat ocknienia! Człowiek ten przyszedł tu w tym celu, aby zbudzić króla Miraklesa i obdarzyć nas możnością rozwiania się i zniknięcia z powierzchni tej ziemi, jak to czynią sny innych ludzi.
— Niech przemówi do nas! — zawołały tłumy. — Nie mogąc ujrzeć jego postaci, pragniemy posłyszeć jego głos! Niech powie nam, jak mu na imię?
— Nazywam się Sindbad! — zawołałem. — Kwiat ocknienia żarzy mi się na piersi, w zanadrzu. Namyślam się jednak nad tym, czy mam tym kwiatem dotknąć śpiącego króla i obudzić go z cudownego snu! Jesteście zbyt piękni, abym chciał przyczynić się do waszego zniknięcia!
— Smutno nam — tęskno nam — dziwno nam! — szeptał boleśnie tłum wyśnionych istot. Szept tłumu wzruszył mnie do głębi serca.
— Ludzie zaklęci, ludzie wyśnieni! — zawołałem znowu. — Chętnie spełnię wasze odwieczne życzenie, o ile potwierdzi je piękna królewna Chryzeida. Czy słyszycie mnie?