— O, Barabakasentoryno! — westchnął wuj Tarabuk. — Kocham cię nad życie i gotów jestem ponieść wszelką ofiarę, byle tylko nazwać cię żoną. Prawdziwy poeta wszystko może przezwyciężyć, prócz miłości! Nie wiem jednak, czym mogę zmyć ten druk, który nazywasz przebrzydłym? Zdaje mi się, że nic go już nigdy nie zmyje!
— Mam zioła, których wywar zmywa wszelkie plamy — rzekła Barabakasentoryna. — Dam ci je natychmiast, abyś jeszcze w czasie podróży wykonał mój warunek.
Barabakasentoryna podała wujowi pudełko z ziołami. Wuj pochwycił je i udał się do kajuty wraz z Chińczykiem, aby tam spróbować mocy tych ziół.
Po godzinie wrócił na pokład — z twarzą zupełnie białą. Widok tej twarzy uradował mnie bardzo, gdyż znów ujrzałem dawnego wuja.
— Jesteś teraz tak piękny, że nie mogę ci odmówić mojej ręki! — zawołała Barabakasentoryna.
Po trzech miesiącach żeglugi stanęliśmy w porcie balsorskim, a stamtąd udaliśmy się do Bagdadu. Nazajutrz w Bagdadzie odbyły się dwa śluby — mój z Arkelą i wuja Tarabuka z Barabakasentoryną.
Odtąd żyliśmy spokojnie w pałacu rodzinnym. Diabeł Morski już nie nawiedzał mnie we śnie i nie kusił do podróży, ponieważ stałem się człowiekiem żonatym i poważnym.
Wuj Tarabuk od czasu do czasu próbuje pisać wiersze, ale Barabakasentoryna drze je na drobne kawałki, bo nie znosi poezji. Wuj pozwala jej na wszystko i nigdy się jej nie sprzeciwia.
Sam jej przynosi każdy świeżo napisany wiersz i mawia zazwyczaj:
— Moja droga Barabakasentoryńciu! Przynoszę ci tu wierszyk, abyś go mogła zawczasu zniszczyć.