W przepaść rozkwieconego kędyś października.

Krążyła w sokach drzewnych szalenizna7 czasu,

I jeziorniała8 nicość opodal śród lasu,

I chyliły się kwiaty nadmiarem brzemienia

W cienistość zgęstniałego od rosy istnienia,

A ja, tropiąc kres bytu w kierunku ich woni,

Czułem dumną zniszczalność ust, piersi i dłoni,

Czułem, że duch mój, w leśną schwytany zieloność,

Potrafi zdławić w sobie czar i nieskończoność...

O, wytępić ślad gwiezdnej z błękitem łącznicy!