Obłok — snem rozwidniony — na słońcu wygrzewa
Kudłaty łeb!
Bezmiar nozdrza nam szarpie i wre w naszym pocie,
A my piersią zdyszaną na własnej tęsknocie
Kładziem się wzdłuż!
W jeden tętent dwa nasze stapiając milczenia,
Sprzepaszczamy się w zamęt bystrego istnienia
Obojgiem dusz!
Czy to śmierć się tak dymi w zdybanym10 bezkresie?
Tak, to — ona! To — ona! Bo tak właśnie zwie się.