Drgało, za każdym widoczniejąc drgnieniem,
Kładłem żołędzie i wiśniowe liście,
Ażeby skwiercząc, dymiło się wonniej.
O, jakże kwiatom bywało przejrzyście
W mych oczach, gdzie się odbiły przestronniej,
Niżli w tej wodzie, co ciekła strumykiem
Przez nasze palce, gdyśmy w niej maczali
Chleb, w kostki tępym krajany kozikiem7!
Tak spożywałem go: ze wzrokiem w dali,
Jakby na zawsze, utkwionym — odruchem