W tym samym słońcu, jak we śnie przystało.

Szliśmy więc dalej, brnąc w słonecznym złocie

I ocierając zerwanym w przelocie

Łopuchem5 mokre, przepocone czoło.

A gdyśmy wreszcie tłumnie i wesoło,

Olśnieni ciszą i połyskiem trawy,

Na otworzyste6 wkroczyli pastwisko,

Wnet rozniecone dla własnej zabawy,

Bezpożyteczne na pozór ognisko,

Co niewidzialnym pod słońce płomieniem