Czterej tkacze cię wynoszą...
Śpij spokojnie, mały Hardy!
A kiedy piosenka, podnoszona w coraz to innym miejscu, została już prześpiewana wielokrotnie, kiedy słabe głosy dzieci zaczęły już chrypnąć z wysiłku, gong fabryczny, jakby uproszony przez ducha małego Hardy’ego, uderza, głosząc koniec dnia roboczego.
Bob Sandert przeciąga się ze znużeniem. Dziś przeprowadza się na nowe mieszkanie! Szopa kowala Smitha będzie stała pusta aż do pierwszych cieplejszych dni wiosennych...
*
— Ty jesteś Bob Sandert, prawda? Ty już tu dziś rano byłeś?
Sylwia stoi w otwartych drzwiach i przygląda się Bobowi uważnymi oczami. Wreszcie usuwa się z przejścia.
— Mama powiedziała, żebyś swoje rzeczy położył w kącie przy oknie. Będziesz tam spał razem z Johnem, na tym sienniku na podłodze.
Bob przysiada na dobrze wypchanym sienniku, kładzie swoje zawiniątko na ziemi i przypatruje się z uśmiechem Sylwii.
— Czego tak na mnie patrzysz? Ja rano byłam zła, bo John mi dokuczał. A ty nie będziesz mi dokuczał?