Bob pokrywa tę kwestię milczeniem. Po co składać przyrzeczenia, jeżeli wcale nie wiadomo, czy będzie można ich dotrzymać? Trzeba się najpierw przekonać, jaka ta Sylwia jest, jacy oni są wszyscy. Rozpoczyna więc ostrożnie śledztwo.

— Twój brat, ten John, nie wrócił jeszcze z fabryki?

— On ostatnio nie wraca z fabryki do domu. Przychodzi dopiero późnym wieczorem, zmęczony i zabłocony. A czasem przychodzą tu różni ludzie i John siedzi z nimi do północy nieraz, w alkowie u starego Henry’ego... Gadają i gadają, nie wiadomo o czym... Dziś pewnie też będą gadać, bo przed chwilą był tu kowal Smith i pytał o Johna, czy już wrócił.

— Aha! Więc Smith tu też przychodzi?

Bob spojrzał ciekawie w stronę zielonej zasłony i zapytał cicho:

— Czy on jest tu teraz, ten... Henry?

Sylwia wstrząsnęła głową przecząco.

— Nie. On też późno wraca. Chodzi cały dzień po śmietnikach i zbiera do worka takie różne rzeczy: pudełka, deseczki, kości... Potem gdzieś to wszystko sprzedaje...

Spojrzeli po sobie i oboje wybuchnęli śmiechem — choć wcale im się nie wydało zabawne to zajęcie Henry’ego.

Sylwia, śmiejąc się, marszczyła komicznie swój krótki i zadarty nos. Można było wtedy spostrzec na nim parę bladych piegów. Bob miał ochotę powiedzieć coś na ten temat, ale powstrzymał się na razie. Zapytał tylko: