— A ty, co robisz?

— Pracuję w fabryce przy zbieraniu i darciu odpadków. Ty już pracujesz przy warsztacie, prawda? Może na przyszły rok i mnie tam przeniosą, wtedy będę więcej zarabiać. Tobie na imię Bob, prawda?

— Aha.

— A umiesz śpiewać piosenkę o małym Hardym?

— Umiem. To przecież każdy umie!

Bob kręci głową w zamyśleniu. Teraz dopiero, w rozmowie, okazuje się, że ta Sylwia taka jest jeszcze mała i dziecinna. Ma najwyżej osiem lat, o cztery lata młodsza jest od Boba, a już tak ciężko pracuje... Bob też już pracował cztery lata temu, no ale on nie miał rodziców, był w sierocińcu, a zresztą on jest chłopak — mężczyzna...

Czy John Winders nie ma racji, że wszystkie dzieci powinny chodzić do szkoły i uczyć się? Czy stary Henry nie ma racji w tym, że praca zarobkowa należy się jemu, a nie tej małej Sylwii?

— A co robi twoja mama?

— Poszła do sprzątania, do jednych państwa. Ona chodzi do takich bogatych domów sprzątać i prać bieliznę. Niedługo powinna już wrócić. Henry też lada chwila nadejdzie. Umiesz rozniecać ogień pod kuchnią?

— Nie wiem... chyba tak. W szopie u kowala Smitha miałem mały żelazny piecyk, ale ten pewnie tak samo się rozpala.