— No to chodź! Pomożesz mi. Nasza kuchnia zepsuła się i teraz bardzo jest trudno na niej gotować...

Bob wstał z siennika i podszedł wraz z Sylwią do kuchenki. Uśmiechnął się do swoich myśli. Zdaje się, że dobrze i ciekawie będzie tu mieszkać, u tych Windersów...

Pochylili się nad kuchenką. Sylwia układała na palenisku kawałki drzewa, a Bob rozbijał młotkiem dużą bryłę węgla. Po chwili już oboje dmuchali zawzięcie i z całych sił, prostując się tylko na chwilę, aby zasmolonymi rękami obetrzeć załzawione od dymu oczy.

Kiedy wreszcie płomień buchnął i Sylwia postawiła na fajerce duży garnek wody, Bob przypomniał sobie, że w tym pośpiechu nic sobie nie kupił na kolację.

— Muszę jeszcze pójść do sklepu. Zaraz wrócę...

*

Na ulicy jest zupełnie ciemno. Widocznie deszcz padał przed chwilą, bo przy przejściu przez jezdnię Bob dwa razy o mało co chodaków nie zgubił w błocie. Całe szczęście, że od Windersów jest niedaleko do sklepu Horta. Jeszcze tylko skręcić za tamtą kamienicę i już zaraz na rogu ulicy Żabiej zobaczy się szerokie oszklone drzwi sklepowe, rzucające na błotną ulicę strugę silnego światła. Stary Hort światła nie żałuje! Wszystko po to, żeby przyciągać kupujących. Już dwóch kamieniczek dorobił się na roczdelskich tkaczach. Sklep ma ładny, duży, towaru nigdy nie brakuje. Tym, którzy pracują, udziela kredytu, więc wszyscy u niego kupują. Cóż z tego, że oszukuje na wadze, że dolicza po kryjomu do rachunków drobne sumy. Tak robią wszyscy sklepikarze...

Bob pchnął oszklone drzwi i wszedł do wnętrza sklepu. Żadnych kupujących nie ma — późno już. Tylko stary Joachim Hort siedzi za ladą i liczy pieniądze z dzisiejszego targu. Skinął Bobowi głową z taką serdecznością, że aż mu się wszystkie tłuste podbródki zatrzęsły.

— Jak się masz, Bobie Sandercie. Chcesz pewnie uregulować rachuneczek. Zaraz znajdę twoją kartkę.

Dźwignął się ciężko z zydla, ale Bob powstrzymał go.