— Dlaczegóż nie wyprowadziliście się stąd? — zapytała pani.

Chłop posępnie rzucił głową.

— Nasze dzieci umiłowały sobie te strony i latają nad nimi, to i nam nieładnie stąd odejść...

— Co wy mówicie, człowieku? Gdzie wasze dzieci latają?... — odezwała się niespokojnie pani.

Chłop milcząc wyciągnął rękę w kierunku bagien.

Wszyscy stanęli na progu i patrzyli.

Niebo było zamglone, ledwie świeciła gdzie jaka gwiazda. Powietrze ciepłe, ale tym ciepłem zgniłym, wilgotnym. Na dziedziniec padała czerwonawa smuga ognia, palącego się na kominie. Żuraw studni czarno prostował się na niebie.

Za żerdziami okalającymi dziedziniec, może o paręset kroków od domu, tliło się kilka bladych płomyków. Niekiedy drżały, przygasały, czasem zbliżały się do siebie, podnosząc się i zniżając.

Józio zaczął krzyczeć. Wylękniona matka wzięła go za rękę i pociągnęła do izby. Karbowa płakała i modliła się, a chłop siedział z głową podpartą na rękach i patrzył.

— Kiej lubią tu być, kiej im tu dobrze, to niech se skaczą! — rzekł chłop. Wprawdzie dawniej, widząc błędne ogniki, twierdził, że to są dusze poprzednich mieszkańców folwarku.