— Czy każda dusza chodzi po tych miejscach, które lubiła?... — spytała go cicho Anielka.

— Jużci tak! — odparł. — Ony się tu kąpały za życia, łapały se pijawki, więc i teraz zaglądają czasem...

Anielce jakoś lżej się zrobiło, gdy pomyślała, że i jej dusza będzie mogła zaglądać czasem do ogrodu, tam...

Od tego dnia polubiła bardzo Zająca i z tęsknym uczuciem patrzyła na bagna, które tak pokochały jego dzieci, że aż do nich z nieba wracają.

Natomiast pani nabrała jeszcze większego wstrętu do tej okolicy, która sama straszna, była jeszcze siedliskiem jakichś widziadeł.

Wprawdzie mówiła dzieciom:

— Co wy słuchacie Zająca?... on wam brednie plecie. Duchy nie chodzą po ziemi. To były błędne ognie albo świętojańskie robaczki.

Ale sama bała się i za żadne skarby nie wyszłaby w nocy z izby.

W taki sposób dnie im upływały. Józio coraz śmielej jadał czarny chleb, groch i ziemniaki, często bez okrasy, i coraz dalej wybiegał na folwark. Pewnego dnia przejechał się nawet na zbiedzonym koniku. Ale matka była słabsza niż w domu, a Anielka miewała gorączkę, dreszcze i czuła upadek sił.

Zając pilnie przypatrywał się im obu i kiwał głową.