Prędzej nam złe dnie przeminą.

Czekaj, niech wprzód łzy obetrę,

Które mi wciąż z oczu płyną.

Gdy mocno osłabiona nie mogła już wychodzić na dalsze spacery, siadała przed wrotami i całe godziny patrzyła na drogę biegnącą od lasu. Widziała wówczas żółte bocianki wychylające głowy z gniazd, jakby dla zwabienia rodziców, którzy polowali na bagnach. Słyszała narzekania karbowej za dziećmi, a niekiedy, siedząc tak w milczeniu, bez ruchu, owiewana surowym chłodem, doczekała nocy i wraz z nią błędnych ogni, które pląsały nad bagnem.

Te wrażenia i osobiste uczucia jej odbiły się w następnych strofach:

Wieje wiatr, że aż wzdychają ściany

I tulą się drżące gwiazdy przy gwiazdach,

Szumi las, płaczą młode bociany,

Że im chłodno jest bez matek — choć w gniazdach.

Łzy ich wiatr zaniósł prędko nad wodę,