— Karbowa! chodźcie no tu — wołał Józio. — Zobaczcie, co Anielci jest...
Anielcia uczuła, że ją ktoś łagodnie unosi na rękach, szepcząc:
— Panienko!... paniuńciu!...
Otworzyła oczy.
Izba odrapana. Przez otwarte drzwi widać sień i kawałek podwórka. Przez małe okienko zagląda wesoło słońce i rzuca złoty blask na czarne klepisko.
Teraz Anielcia poznała karbową, a za nią — przestraszonego Józia. Przypomniała sobie, że jest na folwarku i że niedawno widziała się z ciotką.
— Czy tu była ciocia?
— Była wczoraj — odpowiedziała karbowa.
— A która godzina?
— Rano jeszcze, niech panienka śpi...