Karbowy szedł na południe od chaty, myśląc, że zboże w tym roku obrodzi w słomę, ale nie wyda ziarna, gdy wtem doleciał go z lasu szczególny łoskot. Coś tętniło, toczyło się i kołysało, to znowu milkło, a czasami parskało.

Chłop stanął, obrócił się w stronę lasu i przysłonił oczy ręką. W dali zobaczył dwie pary łbów końskich i świecący kapelusz umieszczony gdzieś bardzo wysoko, a nad nim jeszcze wyżej biały bat.

Poszperawszy we wspomnieniach, począł domyślać się, że musi to być karyta. Właściwie był to odkryty powóz szeroki, głęboki i bardzo wykwintny.

Na szczupłej i nierównej grobelce ekwipaż zwolnił biegu i począł się mocno chwiać. Karbowy przypatrzył mu się lepiej i otworzył usta. Na koźle siedział lokaj i furman, ubrani z pańska, w tabaczkowej liberii ze złocistymi guzami. Przed nimi biegły cztery piękne konie w lśniącej uprzęży, a na końcu, za końmi, i służbą, widać było pod parasolką damę średnich lat, głęboko osadzoną w powozie.

W pewnej odległości za ekwipażem toczyła się wygodna bryczka, w której siedział tylko furman.

Karbowy przetarł oczy, sądząc, że zaczyna mu się mieszać w głowie. Jak świat światem, nic podobnego nie widziano na tej grobelce.

„Czyżby jaśnie pan z jaśnie panią przyjeżdżali po dzieci? — myślał. — Co prawda, pana nie widać, ale skąd by znowu pani miała dziś karetę, kiedy niedawno wyjechała stąd z Żydem? A może jaśnie pan został w lesie, aby porachować, ile mu Zając sosen wyciął?...”

Tymczasem powóz stanął.

— Tee! Gapiu!... — zawołano z kozła.

— Niby ja?... — spytał karbowy zdejmując kapelusz.