Poszoł!...
Bryczka ruszyła, zostawiając chłopa zgiętego we dwoje.
— A to ci państwo!... — mruczał karbowy, którego pierwszy raz w życiu spotkał tak hojny datek.
Zobaczywszy z daleka powóz i konie, Józio zapomniał o rybach, swoim sitku i — popędził na folwark. Był pewny, że oboje rodzice przyjechali, nade wszystko jednak chciał zapoznać się bliżej z powozem.
Wpadł na podwórze, obdarty i zaczerwieniony, i — nie pytając nikogo o pozwolenie — począł wdrapywać się na kozioł.
— A co to, mały?... — krzyknął stangret.
— Ja chcę się przejechać — odpowiedział Józio, chwytając za lejce.
Zaczepione konie ruszyły. Ledwie je wstrzymał stangret; Józio wpadł w gniew.
— Ja chcę jechać!... Ja chcę jechać!... — powtarzał.
Na ten hałas dama, która już zapytywała karbową o Józia, wyszła przed dom. Chłopiec biegł naprzeciw niej, wołając: