— Także był sens sprowadzać takiego młokosa z Warszawy, jak gdyby u nas brakowało zarozumialców! — mówi gniewnie doktor pocierając krótką ręką szpakowate włosy. — Nic to, panie, nie poradzi, chorą zgubi, a policzy sobie z paręset rubli...
— Cóż robić, panie konsyliarzu, kiedy się uparła?... Ona dałaby i parę tysięcy rubli, byle tylko małą wyleczyć. Ma pieniądze, więc dogadza fantazjom — odparła pani Wichrzycka. — Ja jej wyraźnie mówiłam — ciągnęła dalej — że jeżeli pan konsyliarz nie pomoże, to nikt nie pomoże, bo przecie pamiętam, jak mnie pan dobrodziej na to nieszczęśliwe ucho trafnie leczył. Ale cóż: uparła się!... Czy ja mam, panie konsyliarzu, brać dalej te pigułki?
— Trzeba! trzeba! — mruknął doktor. — Od czasu, jak kolej zaprowadzili, wszystkim się przewróciło w głowach z tą Warszawą. Suknie, panie, z Warszawy, cukry z Warszawy, medycy z Warszawy, a ty, biedaku miejscowy, idź w kąt!...
Skrzypnęły drzwi i wszedł przez nie młody szatyn niewielkiego wzrostu. Czarno ubrana pani zerwała się z taboretu, układając bladą twarz do wdzięcznego uśmiechu.
— Jakże pan konsyliarz znalazł naszą chorą? — spytała. — Biedny aniołek!... Widziałam w życiu moim tysiące chorych, ale żaden jeszcze nie zrobił na mnie tak bolesnego wrażenia...
Młody doktor przerwał potok wynurzeń.
— Właśnie naradzimy się z szanownym kolegą nad stanem chorej — rzekł i ukłonił się wdzięcznej damie, która uśmiechnęła się jeszcze piękniej i — ująwszy fałdy sukni w obie ręce, zrobiła pensjonarski dyg.
— Chciałam się jeszcze zapytać pana konsyliarza, co życzy sobie na śniadanie?... Może być polędwica, drób, wędliny, jaja... wino, porter...
— Cokolwiek, proszę pani! — odparł młody doktor i ukłonił się po raz drugi, ale tak stanowczo, że dama uznała już za niezbędne wyjść z pokoju.
— Pan dobrodziej przybywa z Warszawy? — spytał Dragonowicz, splótłszy palce rąk i patrząc przez ramię na szatyna. — Czy i tam panuje susza jak u nas?...