Wyszli. W sieni spotkał ich kamerdyner Krzysztof, który obejrzał arendarza od stóp do głów i zapytał:
— Cóż, pan Szmul dziś uperfumowany?...
— To tak pani Wichrzycka... — odparł Szmul.
W dalszych pokojach zetknęli się z lokajem, który ze śmiechem zawołał:
— A to dopiero zalatuje od Szmula...
Żyd zmieszał się.
Potem spotkał ich młody doktor i ten znowu począł uważnie przypatrywać się arendarzowi, który pachniał jak ekstrakt wody kolońskiej.
W końcu nawinęła się karbowa.
— O la Boga, Szmulu! — zawołała — a dyć was tak czuć jak samą jaśnie panią...
Arendarza pot oblał. Nie myślał on już o Anielce, ani o zaraźliwości choroby, ale o tym, ażeby ukryć swoją hańbę. Zdawało mu się bowiem, że miła woń, jaką dokoła rozlewał, jest występkiem cięższym aniżeli kradzież i oszustwo, za które także wytykają człowieka palcami.