— Anielce... — szepnęła matka.
— Widzi więc pani — ciągnął, zwracając się z uśmiechem do guwernantki — na co jest narażona moja córka nawet obecnie, gdy pani jeszcze nie raczy zajmować się kasą... Szuka sobie stosunków między pastuszkami i prosiętami...
Panna Walentyna, słuchając tego, była szaroniebieska.
— Ha! któż wie — odparła z wymuszonym chłodem — czy stosunki te nie przydadzą się jej kiedy...
— Z prosiętami?
— Z dziećmi ludu. Dotychczas była moda, że panowie przyjaźnili się tylko z Żydami, a do czego to ich doprowadza, widzimy niekiedy. Może więc następne pokolenie z konieczności zbliży się do chłopów...
Panu usta drgały, ale pokrył to śmiechem.
— Panna Walentyna jest zapaloną demokratką — odezwała się szybko przerażona pani. — Obok tego jednak Anielka tyle przy niej korzysta...
— Nie wszyscy zdają się to rozumieć! — wtrąciła półgłosem guwernantka, patrząc prosto w oczy panu, wbrew zwykłej skromności.
Triumfowała pewna, że teraz przynajmniej jest zabezpieczona od nagabań strasznego zdobywcy serc.