— Oto, mój Józik nie leżałby na podłodze — odezwała się prędko baba ubrana z miejska.
— Co tam wasz Józik! — mruknął chłop i machnął ręką. Potem zamglone oczy zwrócił na szynkwas.
— Czekajta ino, kumie — mówiła udająca mieszczankę. — Jak mój Józik wrócił jednego roku ze szkoły, więc ino stanął na progu, a ja do niego prosto od garnków i chcę go za szyję objąć. A on tak się żachnął (złotko moje!) i gada: „Nie widzą matula, że mam świeżuteńki mundur?”. A ja mu na to: „Widzę, synku!...” Więc on: „To nie trza go brudnymi rękami łapać, bo na psy pójdzie”. Więc ja gadam: „To skiń74 mundur, żebym cię mogła utulić przecie!” A on: „Kiej ja i koszulę mam taką, że ją matula zababrze...”
— Dałabym ja swojemu, żeby mi tak stawał, ażby mu się mundur zaposoczył75! — wtrąciła kobieta z kieliszkiem w ręku.
— I cóż wy na takie onego gadanie, kumo? — spytała inna, zezowata.
— Czekajta ino, kumo, zara wam dokończę — ciągnęła ubrana z miejska. — Więc ja mówię do Józika: „To se ręce umyję!” A on do mnie: „No, to se umyjta!” — i dobył z torebki, co ją miał przez ramię, mydło w srebrnym papierze i dał mi. Kiej wam powiadam, że jakem się umyła, to tak ode mnie pachniało, aż wstyd...
Baby słuchając kiwały głowami, a jedna rzekła:
— Widzi mi się, to na nic chłopaka posyłać do szkoły. Inne pańskie dziecko to by tak nie powiedziało parobczysze76, jak on własnej matce.
— Co nie warto, to nie! — zawtórowały inne.
— Czekajta ino, kumo! — zaprotestowała ubrana z miejska. — I ja żebym miała drugiego, to bym go nie posyłała, ale Józik to ho! ho!... Jakeśmy poszli z nim do jegomości, to mu jegomość dał książkę drukowaną po łacinie, a on tak z niej czytał i jegomości gadał, co tam stoi, aż jegomość powiedział: „Żebym ja tak umiał, jakiem jeszcze nie był wyświęcony, to bym nic nie robił, ino na sufit pluł!”