W innej gromadce znajdował się chłop kołtuniasty, z czerwonymi jak królik oczyma. Przy nim stała żona, częstująca go resztą wódki ze swego kieliszka.
— Dawno wam tak na oczy padło? — pytał go sąsiad w wyszywanej kapocie.
— Będzie chyba piąty dzień — odparł.
— Nieprawda — wtrąciła żona — będzie w tę środę, co przyjdzie, tydzień.
— Robicie co?... — rzekł chłop w czapce.
— I... i... takie to i robienie... — zaczął kołtuniasty.
— Czego gadasz, kiej nie wiesz? — przerwała żona. — W piątek mu owczarz prochem oczy zasypał, ale ino raz, a znowu w piątek ten, co przyjdzie, ma mu czymsić77 smarować...
— Pomogło wam co?
— Paliło mnie jak ogniem i materię pędziło, ale widzi mi się, że jest gorzej...
— O, głupi, na! — odezwała się żona. — Jak ci tylko wygryzło i materię wypędziło, to już lepiej. Bo żeby materia została ci w oczach, to byś jeszcze oślepnął...